podróże, miejsca, ludzie
czwartek, 05 kwietnia 2012
Są takie nazwy miejscowości, których mój umysł nie jest za żadne skarby świata w stanie zapamiętać. Nie wiadomo właściwie czemu, bo często nie są to nazwy ani nazbyt złożone ani skomplikowane. I tak dzięki niedoskonałości mojego umysłu miejscowość Kemarra na zawsze pozostanie już Konemarrą, Komarrą albo - co chyba najgorsze - Kamorrą.

Kemarra leży w Bretanii przy niepozornej drodze wiodącej z Roscoff do Brestu, a powodem zatrzymania się w Kemarze są wydmy.

Kto choć raz był w Łebie, wie jak powinna wyglądać wydma i będzie zaskoczony tym, że kemarrskie wydmy wyglądają cokolwiek inaczej, a dokładniej mówiąc są o wiele bardziej uroślinnione. Roślinność ta ma charakter dość jednostajny - ot, po prostu gdzie okiem nie sięgnąć, tam trawa na pół metra wysoka. Wygląda to ładnie, gdyż wszechobecny wiatr (żeby nie powiedzieć - wicher, jak to na wybrzeżu) układa tę trawę w najprzeróżniejsze wzory, przeginając ją co rusz w innym kierunku.

Cóż, aż się prosi, żeby po zatrawionych wydmach pochodzić - to też z lubością czynimy, jednak tylko do pewnego momentu. Momentem tym jest nastąpnięcie delikatnej stopy Karen na zaległą w trawie stopę ludzką. Osoby o dużej wrażliwości i niechęci do horrorów od razu uspokajam - stopa ta była jak najbardziej ożywiona, stanowiła część większej całości, należała jednakowoż do osobnika, który raczył swe odzienie pozostawić w pewnej od siebie odległości, a swoje ciało wystawić w pełni na bretońskie słońce i delikatne podmuchy nadmorskiej bryzy. Mówiąc mniej poetycko, okazało się, że kemarrskie wydmy pełne są golasów - wysoka trawa sprzyja bowiem nie tylko turystyce, ale również naturystyce. 

- Powinni może jakieś znaki ostrzegawcze postawić - mruczy Karen, lekko zakłopotana.
- Ciesz się, ze tylko na stopę nadepnęłaś - odszeptuję z lekkim chichotem.
środa, 26 października 2011

Dziwnym zrządzeniem losu znalazłem się w ubiegłym tygodniu w Madrycie, i to w momencie, kiedy Real Madryt rozgrywał mecz ligi mistrzów z Olympique Lyon. A czyż może być większe szczęście dla fana futbolu niż możliwość obejrzenia słynnych Galacticos w - jak to mówi Dario Szpakowski - "teatrze marzeń"? A zatem byłem, zobaczyłem, Real zwyciężył. A oto w skrócie wrażenia:

1. Niespodzianka pierwsza: bilety na mecz wcale nie jest tak trudno zdobyć, jakby się mogło wydawać. Na spotkanie z Lyonem wejściówki można było nabyć przed samym meczem w kasach, a i tak nie było kompletu publiczności. Bilety kosztują od 40 do 110 euro, sprzedaż rusza jakiś tydzień przed samym meczem, wcześniej do kupienia tylko bilety VIP od 200 euro za sztukę. O wiele trudniej zdobyć jest bilet na mecz Realu w lidze hiszpańskiej z uwagi na to, że większość osób posiada karnety na cały sezon. Ale trudniej nie znaczy niemożliwe, warto przeczesać internet kilka dni przed meczem.

2. Niespodzianka druga: kontrole na bramkach są nikłe i bardzo wyrywkowe, zezwala się nawet na wnoszenie półlitrowych butelek plastikowych (odkręconych), i dużych aparatów fotograficznych (w Niemczech np. jest z tym problem). Hiszpanie lubią przynieść ze sobą coś do picia plus coś do chrupania - hitem wydają się pestki słonecznika, ale kanapeczki i inne łakocie również są w cenie.

3. Niespodzianka trzecia: na Santiago Bernabeu nie można niestety napić się piwa alkoholowego, a w bufecie do jedzenia jedynie chipsy i zimne kanapki - lekki szok szczególnie dla osób przywykłych do solidnego germańskiego kufelka przegryzanego bratwurstem. Cóż, co kraj, to obyczaj.

4. Nie da się ukryć, że jest trochę jak w operze. Hymn klubu to utwór operowy, a ludzie są dosyć powściągliwi w reakcjach, niczym w La Scali. Jednak kiedy trzeba, to osiemdziesiąt tysięcy ludzi potrafi tak krzyknąć, tak zagwizdać, że ciarki przechodzą po plecach.

5. Doping prowadzą najzagorzalsi fani zza bramki, od pierwszej do ostatniej minuty śpiewy wzbogacone bębnami. Czasem wymkną się jakieś palabrotas, ale ogólnie kultura. Generalnie na trybunach dużo kobiet i dzieci, dużo siwych panów wrzeszczących na sędziego z ostatnich rzędów, po wielu fanach widać, że pierwszy karnet na mecze Realu kupili jeszcze za życia Franco, ale są też młodzi biznesmeni w garniturach, którzy przyjechali na mecz prosto z pracy. Generalnie cały przekrój społeczeństwa.

6. Świetnie ogląda się drużynę, która popełnia w całym meczu ze dwa błędy w przyjęciu piłki. Prawdziwie estetyczne przeżycie niczym w Museo del Prado.

7. Niespodzianka ostatnia: po meczu piłkarze nie błąkają się po stadionie w dziękczynnych ukłonach dla fanów, lecz dość szybko znikają w szatni, co najwyżej klasną kilka razy, schodząc. Za to czasem w przypływie hojności po wygranym meczu podarują swoją koszulkę jednemu z kibiców zgromadzonych wokół tunelu prowadzącego do szatni.

8. Trzeba przyznać, że piłkarze Realu nie mają lekko. Po meczu trudno im nawet wyjechać samochodem z garażu. To znaczy z garażu dają jeszcze radę, ale potem ich auta oblepia tłum fanów, których policja cierpliwie odkleja z karoserii i szyb. Krótko mówiąc, szybki powrót po pracy do domu jest niemożliwy.

wtorek, 01 marca 2011

O linii Maginota marzyła naturalnie Karen. Naczytała się Churchilla i zaraz jej się bunkrów zachciało. - Zabierz mnie, kochany, wprost na linię ognia - czule zrzędziła co wieczór. Nie było zatem wyjścia. Kobieta chce bunkra, to trzeba jej ten bunkier dać.

Jak się jednak okazało, chcieć dać bunkier to jedno, a znależć bunkier otwarty w lutym, i to na tygodniu, to drugie. Sezon na linii ognia trwa z grubsza od maja do września, poza tym okresem konieczna jest visite prive, która kosztuje 250 euro.
- Kochanie, może wystarczy książka o bunkrach za dwudziestaka plus biografia samego Maginota? - próbuję negocjować. - Szukaj cierpliwie - słyszę w odpowiedzi.

I gdy wojna domowa o bunkier wisi już w powietrzu, uśmiecha się do mnie szczęście w postaci maila o treści: Przyjezdzajcie w piątek za tydzień o 14. Uff! Wywieszam białą flagę w postaci wydruku, pakujemy się do auta i jedziemy w umówione miejsce.

Umówione miejsce nazywa się Ouvrage Immerhof i znajduje się we francuskiej miejscowości Hettange-Grande (Lotaryngia), jakieś 10 kilometrów od granicy z Luksemburgiem. Nie wiedzieć czemu, bunkry (lub też forty) linii Maginota określane są po francusku mianem ouvrage. Odróżnia się małe (petits) i duże (grands), które budowano na przemian. Immerhof należy do petits ouvrages, za co w duchu jestem wdzięczny, ponieważ zwiedzanie takiego małego bunkra z tak gadatliwym przewodnikiem jak nasz trwa ponad trzy godziny. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, ile może trwać zwiedzanie grand ouvrage, która jest jakieś trzy razy większa.

Do przyjęcia naszej dwójki zwiedzających potrzeba było trzy osoby: kierownika, przewodnika i mechanika. Kierownik - wiadomo, nic nie robił, tylko doglądał. Przewodnik- wiadomo, przewodził i gadał. Mechanik natomiast odpalił specjalnie dla nas generator prądu z czasów, kiedy w bunkrze siedzieli jeszcze francuscy żołnierze (spektakl co się zowie, kto zobaczy, ten doceni).

Bunkier przypomina trochę zakopaną w ziemi łódź podwodną i kto oglądał film "Das Boot", ten zapewne wyobrazi sobie również życie w Immerhofie. Kręgosłupem bunkra jest trzystumetrowy korytarz, od którego niczym macki odchodzą mniejsze korytarze, zakończone to punktem obserwacyjnym, to punktem strzelniczym.

I cóżże tam robili francuscy wojacy? A co w takiej ciasnocie można robić? Trwali w gotowości, jedząc, pijąc (wino za darmochę!), rozglądając się co jakiś czas za wrogiem. Nieuniknione było zatem moje pytanie, które zadałem przewodnikowi, próbując zachować jak najwięcej taktu. - Piękny-li ci ten fort. I uzbrojony po zęby. A byłyż tu mocium panie niejakie walki, bitwy, potyczki lub przynajmniej starcia? - artykułuję ostrożnie, ale przewodnik widocznie nie pierwszy raz stanął w obliczu tej kwestii, gdyż bez mrugnięcia okiem odrzekł, że tak jakby nie za zbytnio. Francuska armia siedziała w bunkrze, aż podpisano rozejm, a wtedy załoga wyszła i przekształciła się w jeńców wojennych. - Dzięki temu mamy teraz co oglądać - podsumowuje Karen.

PS. Niniejszym wyrażam serdeczne podziękowania dla obecnej załogi bunkra, która za 3,50 euro od osoby poświęciła swój czas, aby otworzyć dla nas ouvrage i pokazać nam kawałek historii, demonstrując niesamowitą wiedzę i ogromną pasję. Krótko mówiąc - trzy i pół godziny prawdziwej uczty turystycznej. Nie tylko dla miłośników historii.

Strona bunkra: http://www.maginot-immerhof.eu/

piątek, 28 stycznia 2011
Tripadvisor - popularny portal zawierający recenzje hoteli z całego świata opublikował niedawno dwa rankingi "naj" bazujące na opiniach użytkowników portalu.

Pierwszy z nich, "Top 25 hotels in the world", jest dla przeciętnego, średniozamożnego turysty raczej nudnawy, bo oto okazuje się po raz kolejny, że z jakością w parze musi iść cena. Tytułem przykładu podam, że zwycięzca rankingu, hotel "U zlate studne" w Pradze wycenia noc w swoim superior room na około 250 euro. Dla mnie osobiście jako osoby, która w sumie za wszystkie noce, jakie spędziłem w tym mieście (a było ich kilkanaście), zapłaciła niewiele więcej, jest to informacja z gatunku "szejk al-babul kupił sobie nowego konia wyścigowego" - ani mnie to ziębi ani grzeje, to wiadomość z innego świata po prostu. Tym niemniej cieszy fakt, że tytuł najlepszej noclegowni zdobył obiekt z tzw. Europy Środkowo-Wschodniej. Bratankom Czechom gratulujemy, dodając - trochę złośliwie - że żaden z warszawskich hoteli znowu - pewnie przez jakiś nieszczęsny zbieg okoliczności - nie znalazł uznania wśród internautów (a budapeszteński Hotel Palazzo Zichy owszem; nam pozostaje czekać na ranking za rok 2012, kiedy to hordy tripadvisorów zjadą na euro).
Trzeba dodać, że mało który kraj zdołał ulokować w pierwszej dwudziestce piątce więcej niż jeden hotel. O ile dobrze liczę, dokonały tego jedynie USA, Włochy i Portugalia, czyli szapo ba dla Portugalii per capita, że tak się wyrażę.

Drugi ranking jest o wiele ciekawszy, choć zawiera tylko 10 pozycji. "2011 dirtiest hotels" już brzmi dobrze, co potwierdza dopisek: don't read if you're eating. Czyli czekają nas prawdziwe smakowitości.
Ciekawe, że istnieją hotele, którym 90 procent odwiedzających wystawia najniższą możliwą ocenę. Zastanawiam się, kim są menadżerowie tych miejsc i jak się czują. Ciekawe też, że do pierwszej dziesiątki po cztery hotele wprowadziły solidarnie Londyn i Amsterdam, a i tak w rankingu nie dały rady dwóm tureckim przybytkom. Laureatom gratulujemy, a spragnionym przygód polecamy wykupienie nocy w jednym z hoteli z rankingu numer dwa (po uprzednim przeczytaniu opisów, rzecz jasna :)

Dla ciekawych szczegółów podaję linki:
http://www.tripadvisor.com/TravelersChoice
http://www.tripadvisor.com/DirtyHotels-g4
środa, 29 grudnia 2010
Ci, którzy muszą pracować w okresie poświąteczno-przedsylwestrowym, niech zazdroszczą tym, którzy rozbijają się po światowych stokach narciarskich. Śniegiem Ci u nas latoś (a raczej zimoś) obrodziło i nie ma nic piękniejszego niż szusowanie po białym puchu, a już na pewno nie ma nic piękniejszego niż grzane piwo po szusowaniu po białym puchu. - W narciarstwie najbardziej podoba mi się grzane piwo - mawia mój przyjaciel Zenon.

Ci, którzy muszą pracować, mogą jednak wieczorową zimową porą zapuścić sobie jeden z filmów firmowanych nazwiskiem Warrena Millera.
Miller, zapalony narciarz i filmowiec, a obecnie niespełna dziewięćdziesięcioletni staruszek, od 1950 roku regularnie co rok wypuszcza na świat film o narciarstwie. Jak nietrudno obliczyć, niedawno wyszedł na rynek niemalże jubileuszowy, sześćdziesiąty pierwszy film. Rzecz jasna sam Miller uczestniczy obecnie w produkcji filmów w roli szefa wszystkich szefów, ale ponoć produkcje te nadal trzymają poziom znany z czasów wcześniejszych.

Filmy Millera opowiadają o takich pasjonatach jak on sam, czyli ludziach, którzy na nartach są w stanie wyczyniać cuda, którzy pchają się w miejsca zdradzieckie i trudne, którzy szusują po lasach między drzewami z prędkością światła, którzy jeżdżą na nartach przywiązani do galopującego konia niczym surfer do motorówki, oraz o innych zapaleńcach, szaleńcach i tym podobnych typach. Ogląda się to z zapartym tchem, choć nie-narciarze zapewne nie zaczną garnąć się do białego sportu po obejrzeniu tych filmów. Zwraca uwagę świetna dynamika i narracja (komentarze typu: "młodość ma swoje przywileje; jednak rozsądek nie jest jednym z nich" nie należą do rzadkości), czyli, krótko mówiąc, jest to ciekawa propozycja na zimowy wieczór przed telewizorem, i to nie tylko dla narciarzy.

Niestety nie jestem w stanie powiedzieć, czy filmy te dostępne są na rynku polskim. Dzisiejsze poszukiwania na merlinie nie dały rezultatów. Z pewnością można je jednak nabyć na amazonie, tak amerykańskim, jak brytyjskim czy niemieckim. A który z sześćdziesięciu jeden filmów wybrać? Trzeba postrzelać, albo zdać się na opinie internautów. Osobiście obejrzałem "Dynasty" z 2009 r. i podobał mi się, choć podobno - jak mówią ci, którzy widzieli więcej niż jeden film opatrzony logo Warren Miller Entertainment - akurat ten należy do słabszych. Z ciekawością poszukam zatem innych.


poniedziałek, 27 grudnia 2010
Ręce Karen, zwykle uwodzicielsko delikatne, tym razem brutalnie wyrwały mnie ze smacznego świątecznego snu.
- Wstawaj! Dzisiaj Boxing Day. Chodź, rozgrzejemy nasze plastiki! - odniosła się z właściwą sobie czułością do naszych kart kredytowych.
Chcąc, nie chcąc, dźwignąłem się z łóżka i ruszyliśmy do największego w okolicy mallu.
Od początku przeczuwałem, że słynne wyprzedaże w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia mogą przypominać usuwanie kupców z hal KDT, ale - jak to często w takich wypadkach bywa - rzeczywistość przerosła wyobrażenia. Wyobraźmy sobie centrum handlowe, dajmy na to warszawską Arkadię, nabitą ludźmi niczym katedra na pasterce. U drzwi każdego sklepu ochroniarz, względnie pracownik danego sklepu, który pilnuje porządku, czyli tego, aby jednocześnie zbyt dużo ludzi nie znalazło się na raz w sklepie. Przed prawie każdym sklepem kolejka - na wejście do lakosta trzeba czekać tak na oko ze czterdzieści minut. Tyle samo wynosi czas oczekiwania w kolejce do przymierzalni, i tyleż samo do kasy. Czyli średnio dwie godziny w jednym sklepie, co przy stu sklepach daje dwieście godzin zakupów. Po prostu raj.

Startujemy z Karen do sklepu o wdzięcznej nazwie banana republic, odstajemy swoje w kolejce do sklepu, w kolejce do przymierzalni, w kolejce do kasy, Karen kupuje całkiem gustowne wdzianko za trzydzieści dolarów, oszczędzając drugie trzydzieści, a następnie te zaoszczędzone trzydzieści przeznaczamy na parking (szesnaście dolków za cztery godziny) oraz superfajne cynamonowe babeczki za dychę.
Czyli rachunek się zbilansował, a my przeżyliśmy wspaniały, romantyczny i czarujący drugi dzień świąt, zwany tutaj równie czarująco Boxing Day. Nikt mnie co prawda nie boksował, ale kilka kuksańców od napalonych na przecenione ciuszki pań zaliczyłem, raz nawet wieszak wbił mi się pod żebro, ale uratował mnie pan z małym dzieckiem w wózku. Ogólnie przednia zabawa i radochy co niemiara.

A po powrocie do domu obejrzałem sobie skecz kabaretu ani mru-mru o otwarciu supermarketu. Ileż podobieństw!
piątek, 24 grudnia 2010
Czy może być większe oh my god i wow niż shopping w New Yorku? Ok, sobota w ikei w Jankach i domu handlowym Wola to awesome adventures, ale nie ma to jak na fifth avenue. Szczególnie przed Christmas.

Od samego rana atakujemy zatem shopy i malle, centers i galleries. Do hard rock cafe store wchodzimy jeszcze bez trudu, ale już w lego shopie tłum porywa nas, niesie w niesamowitym ścisku, a następnie wypluwa przy wyjściu z drugiej strony, ledwie zdążamy rzucić okiem na klockową makietę Rockefeller Center wraz z choinką. Nawiasem mówiąc, osławiona choinka przy Rockefeller Center wcale nie wygląda like wow, lecz raczej like zbiesiony krasnal lub miś uszatek, co klapnięte uszko ma. Oczywiście nie przeszkadza to nic a nic licznie zgromadzonym tłumom w gromkich ochach i achach (a raczej oh-ach i wow-ach).

Jest w Nowym Jorku kilka miejsc, które poza byciem sklepami są również atrakcjami turystycznymi, i nie wiadomo, czym są bardziej. Z tej serii atakujemy słynne Tiffany's. Najtańszy pierścionek z działu engagement rings kosztuje tu marne tysiąc pięćset baksów, ale ludzi tu więcej niż w auchanie na Grochowie. Z podziwem przemieszanym z zazdrością patrzymy na parę, która z kieliszkiem szampana w ręku uważnie dobiera swoje zaręczynowe pierścionki. - Może na trzecim piętrze (biżuteria srebrna) poczujemy się bardziej na miejscu - szepcę do Karen, ale już wkrótce okazuje się, że silver w Tiffany's też swoją wartość ma. Od liczby zer na cenach aż wiruje w głowie. Trzeba na marginesie przyznać, że obsługa sklepu jest bardzo profesjonalna i najmniejszym nawet gestem nie zdradza, iż wie, że większość ludzi nie zarabia nawet miesiecznie równowartości przeciętnego tiffańskiego pierścionka.

Prawdziwym rarytasem jest sklep B&H PhotoVideo. Fakt, nazwa brzmi trochę jak Wiesiek i Stasiek Dorabianie Kluczy, ale nie o nazwę tutaj chodzi. Od samego wejścia osacza nas rój sprzedawców. A co, a po co, a dlaczego, a czego szukamy. I kierują nas do odpowiedniego sprzedawcy.
Sprzedawcy stoją w rzędzie za ogromną ladą, a jest ich z sześćdziesięciu, większość w jarmułkach na głowie i z charakterystycznymi pejsikami. Obsługują szybko i profesjonalnie, w stylu przypominającym nieco okres międzywojenny, nawiązując delikatną nić przyjaźni z klientem. Ale najlepsze dopiero przed nami. Prosimy o interesujące nas produkty, lecz nie dostajemy ich od razu do ręki. Sprzedawca włoży je do specjalnego kosza, który po specjalnym torze zawieszonym pod sufitem przemieści się do punktu odbioru przy wejściu. Płacimy przy kasie i odbieramy zamówiony towar. Shopping jeszcze nigdy nie był tak fascinating.

Rozczarowuje za to słynny dom handlowy Macy's. Wygląda jak domy centrum za Gierka, z tym że trudniej się po nim poruszać, windy są nieczynne, a znaleźć schody do zadanie dla detektywa, a nie dla takiego shoppera jak ja.
- Może kupimy Julii perfumy? - proponuję, kiedy zatrzymujemy się w hali perfum i zapachów, aż w nosie kręci. Julia to nasza przyjaciółka z Kanady.
- No co ty! - Karen na to - Przecież u niej w pracy zabronili noszenia perfum ze względu na śmiercionośne zagrożenie alergią.
- Ci alergicy do Macy's w ogóle nie powinni wchodzić. Tutaj to dopiero są dawki. - mruczę.

- Chodź, wstąpimy jeszcze po lampki na choinkę do supermarketu - proponuje Karen. Idziemy, ale lampek już na półce nie ma. Zostały może dwa opakowania drogich i brzydkich.
- Nie macie więcej lampek? - zaczepia Karen młodą pracownicę sklepu.
- Oh, they're sold out - ona na to - you know, now that the Christmas is over...
- Chciałbym nieśmiało zauważyć, że Christmas jeszcze się nie zaczęły - mruknąłem, ciągnąc Karen za rękę.

Bez lampek też damy radę.

Wesołych Świąt!

21:58, kubunio , USA
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 grudnia 2010
Trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie - każda męcząca podróż jest warta widoku, jakiego doświadcza się przy wjeździe do Nowego Jorku. Szczególnie rano, przy wschodzącym słońcu, wieże Manhattanu wydają się jeszcze wyższe i jeszcze dostojniejsze niż zazwyczaj. Z miejsca zapominamy o trudach podróży, wypadamy radośnie na ulicę i chłoniemy poranną atmosferę Nowego Jorku.

W naszym hotelu na śniadanie wszystko jest low fat i fit. Im mniej kalorii w produkcie, tym większy napis na opakowaniu, jaki to ten produkt zdrowy. Z kwaśną miną biorę jogurt low fat z fit płatkami. Na szczęście Karen odkrywa maszynę do robienia gofrów, więc dla równowagi pałaszuję super high fat gofry, na które zarzucam tłuściutkie masło orzechowe. W sali jadalnej ogromny telewizor. Właśnie podają informację, że w wielu miastach amerykańskich woda jest niezdatna do picia, gdyż zawiera nadmierną ilość jakiegoś chloru czy chromu. Łączymy się na żywo z burmistrzem miasta, które jest liderem zanieczyszczenia. Burmistrz mówi, że wszystko w porządku i nie ma sobie nic do zarzucenia. Przełykam ostatniego fat gofra. Na ekranie telewizora duży biały napis na czerwonym tle: Jeśli jesteś pewna, że twój mąż zdradza cię z twoją matką, zadzwoń do nas! Wypijam ostatni łyk owocowej herbaty (czarnej nie uświadczysz) i ruszamy w miasto - Nowy Jork czeka!
16:41, kubunio , USA
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 grudnia 2010
Podróż do Nowego Jorku przed świętami wydaje nam się pomysłem dość karkołomnym, ale jednocześnie niezmiernie kuszącym. Któż nie chciałby bowiem organoleptycznie (za przeproszeniem) doświadczyć całego tego komercyjno-świątecznego blichtru - słynnej choinki przy Rockefeller Center, zapachu pieczonych kasztanów na Times Square, spaceru po megawspaniałych sklepach piątej alei? Zwłaszcza, że los chce, że znajdujemy się w Montrealu, skąd do Nowego Jorku rzut beretem, grzechem byłoby więc nie skorzystać z tej jakże atrakcyjnej okazji.

Los postanawia również, że bilet lotniczy Montreal-Nowy Jork jest tani tylko z powrotem. Postanawiamy zatem los przechytrzyć, kupując bilet autobusowy "tam", a lotniczy "z powrotem". I - jak  czytelnik zapewne już się domyśla, a my się zaraz przekonamy - nie jest to pomysł z gatunku "przebłysk geniuszu".

Już montrealski dworzec autobusowy nie wróży nic dobrego, ale chyba żaden dworzec autobusowy na świecie nie wygląda jakoś oszałamiająco o jedenastej w nocy, więc przymykamy oko na brud i tłok. Poza tym jeździmy regularnie PKP, więc żadna to dla nas nowość ani dziwota, że się do ławki możemy przykleić (o ile w ogóle znajdziemy pustą ławkę).

W autobusie również swojsko. Gdyby nie to, że sporą część pasażerów stanowili Murzyni, pomyślałbym, że jadę pekaesem z Bańskiej Wyżnej do Nowego Targu. Wszyscy owinięci po uszy w kilka warstw ciuchów, tylko świecące białka oczu uważnie analizują współpasażerów. Rozsiadamy się Karen na naszych miejscach, o ile mozolne wciśnięcie się w wąski fotel można nazwać rozsiadaniem się. Z trudem wyciągam ręce z rękawów mojego zimowego płaszcza - zimowego naturalne według definicji z Niziny Mazowieckiej - przy kanadyjskim standardowym minus piętnaście trzęsę się jak osika i odgrażam się w myślach aurze, że kupię sobie taaaką kurtkę z taaakim puchem, że nawet jeden stopień ciepła mi z żył nie ucieknie. W autobusie na szczęście jest gorąco od oddechów, potu, kremów, perfum i innych rzeczy, których nie mam jakoś chęci identyfikować. Nikt z miejsca nie wyciąga jajek na twardo i pomidorów, więc może będzie łatwiej niż z Lublina do Zakopanego.

Co tu kryć - już po godzinie okazuje się, że wybór środka lokomocji nie jest najszczęśliwszy. Pole manewru, jeżeli chodzi o ruchy kończyn, w zasadzie żadne, a do tego już po piętnastu minutach podróży Karen postanawia oprzeć się dość zdecydowanie na moim ramieniu i zasnąć, w związku z czym zaczynam odmawiać litanię do najświętszej boginii cierpliwości, aby pozwoliła pozostać mi w mojej pozycji bez ruchu niczym posąg Rodina. Gniew boskiej Karen po nieoczekiwanym przebudzeniu może bowiem pociągnąć za sobą prawdziwy kataklizm.

Z przymusowego odrętwienia wyrywa nas kontrola celno-paszportowa. Jest druga w nocy. Wszyscy muszą wysiąść i udać się do budynku granicznego, gdzie trzeba odstać swoje, trzeba swoje wycierpieć, aby potem móc powiedzieć, że turystycznie jedziesz do New York City na trzy dni i solennie obiecać, że wyjedziesz. Na otarcie łez jest sklep wolnocłowy, ale jakoś nie mamy ochoty na nocne zakupy.

O czwartej nad ranem budzi nas zdecydowany głos kierowcy. Mamy obowiązkowy postój i wszyscy muszą opuścić autokar na dwadzieścia minut i poczekać w budynku dworca autobusowego. Rozglądam się po współpasażerach, szukając poparcia dla ewentualnego protestu przeciwko nieludzkiemu traktowaniu przy minus piętnastu, ale ludzie posłusznie wygramalają się ze swoich siedzeń, żeby postać w środku nocy w zimnym jak lód ceglanym budynku.

Nie wiem, jak nazywa się ta miejscowość. Wiedziony naturalną ciekawością robię krótki spacer poza budynek dworca, ale zaraz wracam pospiesznie. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że zaraz mi jakiś felek wyciągnie pistolet i walnie bez strzału ostrzegawczego, zanim się zdążę obejrzeć. Zdaniem Karen to syndrom człowieka, który za dużo widział w życiu filmów amerykańskich, ale sama Karen - tak ciekawska z natury - też jakoś nieszczególnie kwapi się do eksplorowania okolic dworca autobusowego. Ze niby śpiąca jest.

cdn.
16:56, kubunio , USA
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 października 2010

Całkiem przypadkowo rozmawiam ze znajomym Luisem z Aragonii i dowiaduję się, że Hiszpanie mają dzisiaj swoją Fiestę National.

- A co świętujęcie, pewnie odzyskanie niepodległości? - zagaduję.

- Nie.

- Rewolucję?

- Nie.

- Konstytucję?

- Nie. Odkrycie Ameryki.

Czy to nie jest piękna okazja do świętowania?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16