podróże, miejsca, ludzie

Niemcy

poniedziałek, 23 lutego 2009

Karnawał w Kolonii to moim zdaniem jedna z najciekawszych imprez w Europie. Od czwartku (Weiberfastnacht) do środy popielcowej (Aschermittwoch) stateczni i poukładani Niemcy idą bowiem w wir zabawy, której próżno szukać w krajobrazie Warszawy, Krakowa czy Gdańska. Tylko w czasie kolońskiego karnawału można zobaczyć zastępcę dyrektora poważnej firmy konsultingowej odzianego w strój pirata, księgową agencji nieruchomości przebraną za bawarską kelnerkę lub naszego pana Mietka (albo może raczej Hansa albo Klausa), który na codzień zamiata nam sprawnie chodnik przed domem, w czasie karnawału jest jednak misiem Yogi. Nie wspominając już o studentach i uczniach, których inwencja w przebieraniu się nie ma granic.

Punktem kulminacyjnym kolońskiego karnawału, który całkiem przypadkowo wypada dziś, jest Rosenmontag, a dokładniej parada rozenmontagowa, która wyrusza rano i przez kilka godzin wędruje ulicami Kolonii. Parada składa się z przebierańców różnego autoramentu, spacerujących na nogach lub przemieszczających się w karetach, wozach i innego rodzaju pojazdach. Pochodowi towarzyszy muzyka, z taśmy lub na żywo, grana przez samych przebierańców. Na nieszczęście melomanów, każda grupa gra co innego, w związku z tym przez minutę podskakiwać można w rytmie walca, żeby za chwilę już śpiewać nieśmiertelny karnawałowy przebój Heeeeeey Bejbe, aj uona noooooou, would you be my girl, pamiętając oczywiście o wykrzyczeniu nieśmiertelnego Hu Ha po słowie Bejbe. 
Przebierańcy zaopatrzeni są w słodkości, które z radością rozrzucają zgromadzonej wzdłuż ulic gawiedzi. A gawiedź ta jest tak liczna, że trzeba się mocno trzymać za ręce, żeby się nie zgubić. Większy tłum widziałem chyba tylko na mszy papieskiej na krakowskich Błoniach. Przy tym trzeba nadmienić, że część gawiedzi zachowuje się, jakby cukierków i czekolady nie widziała od dwudziestu co najmniej lat i pakuje co się da do przyniesionych przez siebie toreb. A łupy mogą być bardzo obfite. Gdyby taka parada miała miejsce w Warszawie w roku, dajmy na to, tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym, wyglądałoby to zapewne tak samo. Zresztą być może i w dwa tysiące dziewiątym też.

- Ten karnawał to takie oficjalne żebry - podsumowuje mój kolega Klaus, z którym pewnego roku w poniedziałek rozenmontagowy wyrzuciło nas na dworcu w Kolonii i z którym przez cały dzień próbowaliśmy się przeciskać przez tłum karnawałowiczów i pełzać po asfalcie, aby uchwycić choć skrawek słodkiej części parady. Klaus dzięki temu, że był przebrany za anakondę, mógł swobodnie wężowym ruchem przesuwać się między nogami gapiów, pakując do wężowej kieszeni co smakowitsze kąski. Natomiast ja sam, przebrany za semafor, uważnie obserwowałem otoczenie i wskazywałem Klausowi, gdzie ma podpełznąć, aby schwytać wspaniałą tabliczkę obłędnej czekolady.

Stajemy z Klausem w tłumie i wirujemy razem z nim. Właśnie przejeżdża kareta z księciem i paziami. Heeeeeeeeey Bejbe. Ryczymy z tłumem. Książe rozrzuca czekoladki. Hu! Ha! Pani w stroju koguta rzuca się na ziemię, by podnieść słodycze. I wanna knoooooow. Sukces! Ma dwie tabliczki. Klaus żadnej. Would you be my girl. I heeeeeeey Bejbe. Dostaję łokciem od kaczora donalda, za to Klaus chwyta w locie dwa batony czekoladowe. Nie zdąża się ze mną podzielić, bo Hu!Ha! tłum wiruje. Przechodzi orkiestra gminna z niewiemkąd. Hu!Ha! Aj uooona noooooou! Lecą cukierki. Błyskają flesze.

W końcu rezygnujemy z walki o cukierki, lizaki, batony, tabliczki i inne przysmaki i przemieszczamy się nad Ren, gdzie udaje nam się nabyć piwo, nie bez pomocy łokci, i wreszcie możemy zanurzyć usta w chmielowym napoju i rzucić się wraz z tłumem w wir kolejnej pieśni. Du hast die Haare schoen, du hast die Haare schoen, du hast, du hast die Haare schoen. I jeszcze raz. Do rozpuku. Na maksa.

Jak się bawić, to się bawić.

czwartek, 19 lutego 2009

Według mojego znajomego Klausa cały sekret podróżowania tkwi w tym, żeby być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Dlatego też dziś porzucam na chwilę Amerykę Północną, a moje myśli wędrują do cukierni na Chmielnej w Warszawie, gdzie wirtualnie oddaję się konsumpcji gorących tłustoczwartkowych pączków, oraz do nieśmiertelnej Kolonii, która zupełnie nieoczekiwanie staje się swego rodzaju węzłem spajającym wszystkie moje podróże. Dziś w Kolonii mamy Weiberfastnacht.

Weiberfastnacht to taki karnawałowy dzień kobiet. Dokładnie o 11.11 tabuny kobiet wdzierają się do kolońskiego ratusza, aby pozbawić władzy urzędników, którzy jak wiadomo są mężczyznami. Pozbawianie to ma formę obcinania nożyczkami krawatów. Biedni i upokorzeni urzędnicy dreptają zatem po mieście z niepełnymi krawatami na szyjach, a kobiety rozpoczynają sprawowanie rządów. Rządy te nie są takie złe, gdyż po południu większość zakładów pracy otrzymuje wolne, dzięki czemu panuje powszechny fajrant i radość, a posiadacze obciętych krawatów wraz z posiadaczkami drugiej części tych krawatów mogą oddać się nieskrępowanej konsumpcji napojów wyskokowych, zaczynając długi ostatni weekend karnawałowy.

Ja rano odkryłem z zaskoczeniem, że moja lodówka świeci pustkami, więc udałem się do supermarketu, który na szczęście był jeszcze otwarty. Przy kasie obsługiwała mnie pani w kostiumie kota w butach, która po uprzejmym dzień dobry bez żadnego skrępowania obcięła krawaty wszystkim mężczyznom, którzy akurat stali w kolejce i te krawaty na sobie mieli, a następnie życzyła wszystkim miłego dnia i zaprosiła ponownie do odwiedzin w sklepie.

Z uśmiechem na twarzy wyszedłem ze sklepu i skierowałem się nad Ren, gdzie dziś radośnie jakoś jest.

piątek, 16 stycznia 2009

Kolonia kojarzyła mi się przez długi czas z katedrą i dworcem kolejowym. Kojarzyła się tak, bo nic innego w tym mieście nie widziałem. Jak wiele jest takich miejsc, do których nie wracamy, bo po pierwszej, drugiej lub trzeciej nawet wizycie uznajemy je za niewarte eksploracji i odnosimy wrażenie, że miejsce to dało nam już wszystko, co było nam w stanie zaoferować.

Moje kolonijne (czy może raczej kolońskie) odkrycie znajduje się praktycznie tuż za katedrą i ma postać płynącej rzeki, mostu przez nią przechodzącego oraz biegnącego wzdłuż niej rzędu knajpek, w których mogę zaopatrzyć się w złocistego Koelscha (sprzedają go w szklankach o pojemności 0,2 litra - co oznacza dwa łyki albo jeden haust, za wyjątkiem przypadków takich jak mój kolega Klaus z Getyngi, który już w wieku 15 lat był w stanie jednym haustem wlać w siebie półlitrowy kufel piwa) oraz w gorący Apfelstrudel z sosem waniliowym. Zadziwiające, jak tak drobne i banalne w sumie rzeczy wpływają na wizerunek miasta i sprawiają, że zawsze z przyjemnością zaglądam do Kolonii dla tej właśnie drobnej nadreńskiej przyjemności.

Dla słodkożerców odryciem może być muzeum czekolady, znajdujące się zresztą niewiele dalej od piwa i apfelstrudla, w odległości kilkuset metrów spaceru wzdłuż Renu. Po pochłonięciu wiedzy na temat produkcji czekolady możemy pochłonąć delikatny wafelek zanurzony w gorącej, płynnej czekoladzie, a na koniec nabyć odpowiednią do poziomu zadowolenia z wizyty ilość tabliczek. Muzeum lepiej odwiedzić latem - w pomieszczeniu imitującym warunki uprawiania kakaowca w Afryce jest - wiadomo - jak w Afryce. Mnie w kurtce zimowej było w tym pomieszczeniu - nie wiedzieć czemu - gorąco.

wtorek, 06 stycznia 2009

Przez długi czas jakoś tak się zawsze składało, że Kolonia nie była nigdy celem moich podróży, za to bardzo często stanowiła przystanek, czy to w oczekiwaniu na ekspres do Paryża, czy też na niezawodnego "Jana Kiepurę" do Warszawy. Dworzec kolejowy w Kolonii to dobre miejsce na postój, gdyż jest gdzie zjeść i wypić, zawsze jest ciepło i zawsze jest dużo ludzi. Ale przede wszystkim tuż koło dworca stoi katedra.

Wrażenie, jakie odnosi człowiek wychodzący z dworca w Kolonii od strony katedry, można porównać do wrażenia, jakie na pewno odniósł jeden czy drugi liliput, widząc Guliwera. Katedra odsłania się naszym oczom nagle, wyrasta niejako spod ziemi i jest baaaaardzo wysoka. Podobnego uczucia doświadczyłem w Pradze na Hradczanach, gdzie katedra św. Wita odsłania się dopiero po przejściu przez pasaż pod innym zamkowym budynkiem. I jakoś jest tak, że na katedrę w Kolonii mogę gapić się i gapić, dopóki nie przyjdzie czas na mój pociąg, który zawiezie mnie do innego świata.

wtorek, 16 grudnia 2008

Często w rozmowach z ludźmi pojawiają się słowa "To miejsce jest piękne", "Tam chciałbym mieszkać", "Wspaniałe, niepowtarzalne, jedyne w swoim rodzaju miejsce", "Zawsze chętnie tam wracam" itepe itede. I o ile bez mrugnięcia okiem akceptujemy wymienienie w tym kontekście Rzymu, Paryża, Barcelony, Zakopanego czy Lazurowego Wybrzeża, to kiedy słyszymy "Stalowa Wola to najbardziej urokliwe miasto, jakie zwiedziłem" lub "Wprost zakochałem się w Piotrkowie Trybunalskim" zaczynamy mieć pewne wątpliwości, czy aby autor tych stwierdzeń nie powinien udać się na coś w rodzaju terapii estetycznej.

Essen należy właśnie do miejsc, które trudno pokochać na pierwszy, a nawet na sto pierwszy rzut oka. To leżące w centrum Zagłębia Ruhry miasto nie urzeka ani zabytkami (gdyż są właściwie nieobecne jak nie przymierzając syn mojej znajomej na kursie francuskiego), ani właściwą innym metropoliom niemieckim czystością. Zresztą, już samo słowo metropolia w kontekście Essen wydaje się być dość przesadzonym komplementem, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że Essen to zdaje się szóste co do wielkości miasto Niemiec. Witający przyjezdnych przed dworcem głównym ogromny neon głoszący, że właśnie zawitali do "miasta zakupów", nie jest w stanie zmienić faktu, że atrakcji w Essen jak na lekarstwo, a i z miasta zakupów nierzadko można wrócić z niczym.

I mimo to wszystko uparcie będę twierdził, że zawsze do Essen chętnie będę wracał i że jest to jedno z moich ulubionych miejsc na mapie Europy. Fakt, że spędziłem tu trochę więcej czasu niż kilka godzin, z pewnością miał niebagatelne znaczenie. Essen nie ma ciała - ulice są raczej brzydkie, śmieci pełno. Ale Essen ma duszę. Pójście do Grugapark i przechadzka wśród zieleni, a potem mecz koszykówki z przygodnie napotkanymi graczami. Chrzęszczący pod stopami śnieg, kiedy idę na jarmark świąteczny i widzę na głównej ulicy tego samego ulicznego grajka, który mimo mrozu stawia na środku swoje pianino i wygrywa Szopena. Kebab o drugiej w nocy na dworcu kolejowym, który nigdzie nie smakuje tak, jak tam. I wreszcie ta tożsamość zagłębiorurska, ci ludzie dumni z tego, że mieszkają w tym właśnie miejscu na mapie Europy, te tysiące gardeł śpiewające wraz z Herbertem Groenemeyerem na Arena AufSchalke piosenkę Bochum. To są momenty, na wspomnienie których przechodzi dreszcz, a serce wypełnia duma.

poniedziałek, 08 grudnia 2008
Chcąc nie chcąc, Reeperbahn jest jedną z największych atrakcji Hamburga. Ruszamy tam wieczorową porą z Wiktorem i jego znajomym, który z góry uprzedza, że skoro idziemy grupą wyłącznie męską, to nie powinna mnie dziwić uprzejma chęć niektórych dziewcząt do zapoznania się z, że tak się wyrażę, członkami naszej grupy. "Uprzejma chęć" okazuje się graniczyć w praktyce z nagabywaniem, lub wręcz molestowaniem(!). Już w drugiej minucie spaceru witają nas uśmiechami trzy miłe panie, które, biorąc nas pod rękę, bez żadnego skrępowania proponują udanie się na wspólną tanią konsumpcję, która zadowoli obie strony, choć każdą z nich pod innym względem. Uprzejme i ciche "Nie, dziękuję, dzisiaj jakoś boli mnie głowa" nie stanowi skutecznej wymówki. Zdecydowanie i pewność siebie są jedynym kluczem umożliwiającym w miarę bezkolizyjne przechodzenie ulicami dzielnicy Reeperbahn.
W pewnym momencie oddalam się od grupy i zaglądam do pobliskiego sklepu. Po kilku sekundach zaledwie dopada mnie młoda adeptka starego jak świat zawodu.
- Skąd jesteś? - pyta miodowym głosem.
- Z Warszawy. - odburkuję.
- Aaa. Czyli z Rosji. - ona na to. A ja rozkładam bezradnie ręce i wzrokiem gorączkowo poszukuję kolegów.
środa, 03 grudnia 2008
Po miesięcznym pobycie w Skandynawii rozpoczynam drogę powrotną, która jakoś tak się składa, że wiedzie przez Hamburg. I oto ku mojemu zaskoczeniu na dworcu w Hamburgu ogarnia mnie uczucie, że już jestem w domu, choć przecież do domu mam jeszcze dobre osiemset kilometrów. Może to skutki drożdżówki z kruszonką, której znowu nie mogłem się oprzeć? A może konsekwencja faktu, że Niemcy jednak są nam bliżsi niż Wikingowie? Zadaję sobie w myślach te pytania, ale nie mam czasu na deliberacje, bo w drzwiach kawiarni pojawia się mój przyjaciel Wiktor.
Wiktor zabiera mnie na spacer po Hamburgu, który naturalnie nie robi na mnie generalnie potężnego wrażenia i nie odciska się trwałym piętnem na moim poczuciu estetyki i piękna. Cóż, duże miasto zawsze pozostanie dużym miastem. Moją uwagę zwracają dwie rzeczy. Pierwszą z nich jest to, co zaobserwowałem już w Monachium i zaobserwuję później w Berlinie - ogromnie dużo przestrzeni i zieleni w wielkomiejsciej betonowej dżungli. Druga rzecz warta uwagi w Hamburgu to Reeperbahn - ale o tym w następnym odcinku :)
środa, 27 sierpnia 2008

Rothenburgowi się udało, to trzeba przyznać. Wojny światowe nie uszkodziły średniowiecznego miasta i dzięki temu warto tu przyjechać. Z Norymbergi lub Monachium jest całkiem niedaleko. Warto tu zostać na noc, na przykład w schronisku młodzieżowym, zlokalizowanym w starym młynie. Warto pójść na wieczorne zwiedzanie z przewodnikiem, przebranym za średniowiecznego strażnika. Warto powłóczyć się po murach.

Warto dotknąć średniowiecza.

Jakoś tak się składa, że docieram do Monachium w momencie, gdy odbywa się tam doroczny festiwal piwa i uciech, zwany absolutnie fałszywie oktoberfestem, ponieważ impreza ta ma miejsce głównie w Septembrze. Naturalnie ten brak precyzji w nazwie nie ma dla średnio rozgarniętego miłośnika piwa żadnego znaczenia, gdyż i tak potrafi on bezbłędnie zidentyfikować odpowiedni moment i wyniuchać przecudowny zapach chmielu.

O ile jednak znajduję się w Monachium w odpowiedniej porze roku, to niestety w absolutnie nieodpowiednim okresie mojego życia. Traf chce, że jestem studentem, w związku z czym wydatek dwunastu marek niemieckich na jedno piwo, choć duże, wydaje się przekraczać moje możliwości. Na szczęście nie jestem osamotniony w niedoli i szybko orientuję się, jak znaleźć rozwiązanie alternatywne. Podążam za tłumem i intuicją i po chwili ląduję w klimatyzowanym pomieszczeniu należącym do pana Aldiego, gdzie zakupuję dwie puszki piwa, dzięki którym oszczędzam jedenaście marek i czterdzieści fenigów. Uradowany tak korzystną transakcją ponownie podążam za tłumem i wracam na teren Oktoberfest, gdzie zajmuję świetne miejsce na schodach. Delektuję się charakterystycznym szczęknięciem otwieranej puszki i widokiem biesiadników rozpijających się płynem łudząco podobnym do mojego, a jednak o ile droższego.

Kolega obok szturcha mnie nagle i pokazuje na trzymaną przez siebie paczkę papierosów. Nie palę mówię. Okazuje się, że nie przeszkadza to nawiązać rozmowy.

Kolega jest wysoki, ma blond włosy i ogorzałą twarz, którą porasta delikatny zarost i która bije spokojem. Mówi jakby półszeptem, uśmiecha się, ledwie poruszając wargami. Pochodzi z RPA i jest biały.

Czarny przed domem oznacza zawsze kłopoty,stary. Ukradnie ci samochód, wybije szybę w domu, porwie dziecko. W najlepszym razie zadepcze trawnik.

Kiwam głową i pociągam łyk z puszki.

Byłem policjantem to wiem.

Aha. A teraz?

Teraz jestem na wakacjach. Od trzech miesięcy w Europie. Fajnie się podróżuje, można się zrelaksować.

Łyk, może dwa.

Jestem żołnierzem najemnym. Walczyłem w wielu miejscach w regionie. Ostatnio w Angoli.

Przełykam piwo raczej głośno.

Ciężko jest na takiej wojnie. Nie da się porządnie wyspać. Zawsze na drzewie, albo na stojąco pod drzewem. W dżungli nie ma żartów. Pobudka w oddziale to cichy szept kompana. Nigdy dotknięcie. Dotknięcie oznacza wroga. Czuję dotknięcie i automatycznie wyciągam nóż albo pistolet. Sprzęt zawsze w gotowości przy sobie.

Łyk.

Po wojnie wracam do domu do mamy. Kładę się spać. Mama przychodzi rano, aby pogłaskać syna, jak za dawnych lat. I dostaje takiego kopa, że wylatuje za drzwi.

Mówię ci, stary, wojna to nic dobrego.

Łyk. Milczenie. 

Zanim tu przyjechałem, byłem w Paryżu. Idę nocą po mieście i zaczepia mnie trzech takich. Chcą pieniędzy i grożą. Mają nóż. Mówię im spokojnie: odejdźcie, a nic wam się nie stanie.

Nie odeszli.

Na koniec postanawiam jeszcze zakosztować nieco z atmosfery prawdziwego święta piwa i wchodzę do jednego z ogromnych namiotów. Patrzę sobie, patrzę, dopóki mnie nie wyproszą, po czym wracam na dworzec w towarzystwie mojego nowo zapoznanego kompana. Jest późny wieczór, ale ja w ogóle się nie boję.

Czas jechać dalej.

wtorek, 26 sierpnia 2008

Spór o to, czy lepiej mieszkać w mieście, czy na wsi, jest, rzec by można, typowy, a nawet archetypowy. Stereotypowo ludzie zamieszkujący miasta wolą żyć bliżej natury, ci podmiejscy natomiast tęsknią za niezmierzoną ofertą kulturalno-oświatową miast, a i znajdzie się wielu, którzy z rozmarzeniem i błyskiem w oku napomkną o tętniących życiem klubach nocnych i innych mniej kulturalnych atrakcjach wielkomiejskiego świata.
Dla turysty sprawa jest bardziej oczywista. Do miasta jedziemy po kulturę, sztukę i zabawę, w dowolnej kolejności. Na wieś w ogóle nie jedziemy, bo turysta generalnie wiochy ma dosyć u siebie w kraju, więc po co mu w obcym. Opcją B dla turysty jest natura w postaci czystej lub skażonej, górskiej, morskiej, jeziornej lub innej. O naturze będzie później.
Wysiadając na dworcu kolejowym w Monachium, znajduję się w samym sercu aglomeracyjnego zgiełku. Ale jednocześnie po dziesięciu minutach mogę spokojnie rozsiąść się na trawie Englischer Garten, zapominając o hałasie i pośpiechu. Za kolejne dziesięć minut przypatruję się już obrazom dawnych mistrzów w Pinakotece, skąd niedaleko jest do najbliższego ogródka piwnego. Zresztą do ogródka piwnego nigdy nie jest tu daleko.

Czas udać się do Mekki piwoszy.

 
1 , 2